Dzień Grzybiarza 2009 za nami

Jeszcze niedawno byliśmy razem teraz już w większości dojechaliśmy do naszych domów. Zapraszam do oglądnięcia galerii foto z wspaniałej imprezy która na długo zapadnie w pamięci. Na początku polecam zdjęcie zbiorowe na koniec spotkania. Dziękuję wszystkim uczestnikom tegorocznego Dnia Grzybiarza za miłe towarzystwo.

Czas najwyższy na relację, wszak to już tydzień po imprezie.

Do rzeczy. Jak to zwykle bywa, zjeżdżaliśmy się dość długo. Po drodze szukaliśmy wynalazków, jedliśmy ryby, robiliśmy fotostopy, albo mieliśmy przygody. Po dotarciu na miejsce witaliśmy tych co już dotarli i tych, którzy docierali po nas.

Wieczorem się zaczęło. Najpierw zadzwonił Żulik, że zalało drogę i nie ma przejazdu, więc nie wiadomo kiedy dotrze. Zygmunt natychmiast wymyślał alternatywne trasy.
Na szczęście woda po gwałtownej ulewie szybko opadła i po pół godzinie (mniej więcej) Żulik zadzwonił ponownie z komunikatem, że już puszczają więc dotrze za jakiś czas. Kiedy dotarł, radość była wielka. Po przeszło godzinie, za kompletnej ciemności, dotarła Maryjka ze swoim bratem. Radość była wielka, bo już się północ zbliżała.  Po serdecznym powitaniu wróciliśmy do ogniska i wieczornych opowieści, zaś część grupy udała się na spoczynek. Trochę po pierwszej znów pojawiły się światła samochodu. Ciekawość zżerała, kto to może tłuc się po nocy. Okazało się, że to Trapez, czyli Krzysztof. Miał chłop farta, nie ma co. Zaufał GPSowi i… pobłądził, a na dodatek zakopał się w błocie. Zaliczył ośmiokilometrowy marsz w poszukiwaniu traktora, który pomógłby mu wyjechać z błota. Ubłocił auto po dach, ale dotarł szczęśliwie – a to najważniejsze.

Ranek był oryginalny. Zaczęło się od tego, że siadłam na łóżku (piętrowym). Wówczas jedna z desek spadła prosto na śpiącego i niczego niespodziewającego się Rikarda. Zerwał się na równe nogi. Ponieważ Rikardo jest pokojowo usposobiony, szybko przenieśliśmy się do kuchni i zaparzyliśmy kawę pokoju. Za chwilę jak zjawa we mgle, pojawił się Trapez. Okazało się, że w delikatności swojej, żeby nie budzić współtowarzyszy z dwunastoosobowego pokoju, ten niesamowity człowiek spał w samochodzie. Przez pół dnia większość towarzystwa nie kumała jak ma na imię, za to wszyscy kojarzyli znakomicie faceta, który spał w samochodzie.

Po porannej kawce i śniadaniu podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna pojechała zwiedzać zaczarowany las Ani, druga odbyła krótszy spacer po okolicy. Nikt się nie zgubił, wszyscy stawili się na obiad, a potem na ognisko. Przy ognisku Prezes dekorował laureatów konkursu na najładniejszy okaz. Później wodzę przejął Zygmunt uzbrojony w akordeon. Na gitarze towarzyszyła mu Sarenka. Rozpoczęła się nieoficjalna część spotkania obfitująca w śpiewy, tańce, żarty, pieczone nad ogniskiem kiełbaski, degustacje grzybków i napojów rozweselających, pogaduszki i wszystko co można robić przy ognisku. Ostatni do schroniska wrócił Zenit, w akompaniamencie grzmotów i pierwszych kropli deszczu. Kiedy już byliśmy wewnątrz, rozlało się na dobre. Przysłowiowa pompa. Skutek – rano, kiedy się rozjeżdżaliśmy, każdy musiał przejechać przez rzeczkę płynącą w poprzek drogi. O ile wiem, wszyscy mimo niesprzyjających okoliczności wrócili szczęśliwie do domów.

Trzeba koniecznie odnotować, że w czasie tego spotkania zostało ogłoszone oficjalnie przystąpienie do Stowarzyszenia dwojga nowych członków: Andrzeja i Gosi (Pan K. i Goscha). Wiwaty były słyszalne w całej dolinie.

Ogólnie spotkanie było bardzo udane, sympatyczne i jak zwykle za krótkie.

Baśka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *